|
|
|
|
#1 |
|
Guest
Postów: n/a
|
I jest
Wybaczcie to potworne opóźnienie, ale cały czas mam w domu remont i do tej pory mój komputerek stał osamotniony i bez zasilania...Odcinek może być trochę niedopracowany, ale robiłam go w wielkim pośpiechu. Przes to całe domowe zamieszanie z trudem było mi dokopać się do komputera i kabli. Zapraszam do czytania ![]() Imitation of Life: Rozdział 4 -Jaka jest państwa decyzja? – powtórzył mężczyzna, wciąż trzymając wyciągnięty pistolet. Zapadła cisza. Mimo, że wokół przewijało się wielu ludzi, nikt nie zwrócił uwagi na stojącą na środku trójkę osób. Napastnik stawał się coraz bardziej niecierpliwy i głupstwem byłoby wdawanie się z nim w dyskusję. Zwłaszcza jeśli miał w ręku CZ 75 Champion. Bryan znał dobrze ten rodzaj broni. Taki sam pistolet nosił konkubent jego matki i wiedział co to cudeńko potrafi zdziałać. ![]() -9 milimetrów.. Szybki jak strzała. – powiedział przybysz, a jego ręka niebezpiecznie zadrgała. -W takim razie proszę prowadzić – ton głosu Matthew nie zdradzał zdenerwowania. Był spokojny i stanowczy. Wziął Elisabeth za rękę i powoli podeszli do mężczyzny w ciemnym płaszczu. Kobieta była cała spocona, a po jej ciele co chwilę przebiegały dreszcze. Napastnik opuścił lufę pistoletu, zadowolony że i tym razem nie zawiedzie swojego szefa. Jednak ten niewielki ruch okazał się największym błędem, jaki mógł popełnić. Matthew zwinnym ruchem podskoczył do mężczyzny i ze sprawnością boksera powalił przeciwnika na ziemię. ![]() Przez kilka sekund szamotali się na rozgrzanym chodniku ku uciesze nieświadomych przechodniów. Matthew wyrwał z rąk leżącego pistolet i rzucił go przerażonej Elisabeth. -Potrzymaj! – krzyknął, ale w tym momencie napastnik zafundował mu potężny cios w plecy. Szatyn jęknął z bólu, ale dalej walczył zawzięcie. Zbir okazał się potężnym przeciwnikiem i zdawał się wcale nie męczyć. -Zrób coś! – wrzasnął Matthew, a jego głos brzmiał jakby właśnie przechodził młodzieńczą mutację. Ramiona paliły go niemiłosiernie, co chwilę ocierając się o rozgrzany asfalt. Elisabeth podbiegła do szamoczących się mężczyzn i stanęła jak wryta. Dopiero kiedy Bryan oberwał kolejne uderzenie, a z jego nosa pociekła strużka krwi, kobieta drżącymi rękami uderzyła pistoletem głowę napastnika. Mężczyzna momentalnie stracił przytomność, a jego włosy zaczęły zalewać czerwone krople. ![]() -Uch....dzięki. –wydyszał szatyn ocierając sączącą się krew. Roztarł posiniaczone ręce i popatrzył w stronę powalonego mężczyzny. Miał rozcięty kawałek głowy, ale poza tym nic mu nie było. -Niezły cios jak na kobietę.– uśmiechnął się Matthew i zajrzał do wewnętrznej kieszeni płaszcza napastnika. Na niewielkim dowodzie widniało nazwisko „Lenart Pietrov”. -Myślisz, że przysłał go Wisho? – zapytała Elisabeth rozglądając się nerwowo po parkingu. Co chwilę mijali ich zaciekawieni przechodnie, pytając czy owy leżący mężczyzna nie potrzebuje pomocy. -Jak na razie jest jedynym podejrzanym, ale coś mi tu nie pasuje....Po co magnat narkotykowy miałby organizować zamach na królową? ![]() -Sam mówiłeś, że ma ich już kilka na koncie... -Tak, ale w każdym z tych przypadków odzywał się odpowiednio wcześniej. Ostrzegał, że zamierza uderzyć, podawał powód. Lubił utrudniać sobie pracę. Im trudniej było dokonać zamachu, tym bardziej był z siebie dumny. I nie chodziło mu tylko o głowy państw, ale o faktycznych przywódców. Chyba wszyscy wiemy, że nasza poczciwa władczyni nie ma wielkiego wpływu na politykę. Poza tym zwykle mścił się na swoich wcześniejszych przeciwnikach. Ludzie mający zatargi z Borisem mają czego się bać. – Bryan z trudem podniósł się z ziemi i otrzepał koszulę z jasnego pyłu. -Może Frank się pomylił. Może przekazał złą informację, albo kryptolodzy MI6 nie potrafili odszyfrować jego przekazu....-kobieta natychmiast pożałowała tego co powiedziała. W oczach Matthew pojawił się ból po stracie przyjaciela, ale jego twarz nadal pozostawała niewzruszona i opanowana. -Przepraszam...-wyszeptała. -Nie przejmuj się...Poza tym nie chcę mieszać spraw prywatnych i zawodowych. – Mimo lekkiego drżenia głosu, mężczyzna uśmiechnął się ciepło. Przez głowę Elisabeth przemknęła myśl, że chyba zbyt pochopnie oceniała współpracownika – Powinniśmy pojechać do laboratorium, w którym go znaleźli... Kobieta kiwnęła przytakująco głową. -Szefie!? Jest tam szef?! – z niewielkiego głośnika przypiętego to paska Pietrova zabrzmiał piskliwy głos. Parker i Matthew stali naprzeciwko siebie, niepewnie oczekując na rozwój sytuacji. Głos jeszcze kilka razy wywołał imię Lenarta, po czym zza stojącej parę metrów dalej, niebieskiej furgonetki wybiegło dwóch uzbrojonych po zęby mężczyzn. ![]() -Załatwili szefa! –krzyknął jeden z nich wskazując na leżącego na ziemi bruneta – Pożałujecie tego! Blondyn skierował pistolet w stronę Elisabeth i Matthew i wypuścił z niego potężną partię naboi. Stał jednak za daleko by mógł trafić. Kilka kul drasnęło stojące obok BMW, które odezwało się długim i głośnym alarmem. -Tutaj! – wrzasnął szatyn i pociągnął Liz za najbliższy samochód. Na szczęście był do duże auto dostawcze, które dało im chwilowe schronienie. Z oddali słychać było przekleństwa dwóch napastników. ![]() -Trzymaj – powiedział i wręczył kobiecie pistolet, który udało mu się wyrwać z rąk Lenarta Pietrova. Sam wyciągnął spoczywający w wewnętrznej kieszeni P-64. W ciągu całego życia użył go tylko raz. Choć to jedyna pamiątka jaką miał po dziadku, pozwolił aby pracownicy MI6 wnieśli do tego antyku trochę nowoczesności. Bryan Matthew wychylił się delikatnie zza brązowego bagażnika i mrużąc jedno oko wycelował w blondyna. Pudło. Kula minęła obu mężczyzn o dobre kilka metrów. -Zostań tu. – powiedział i wciąż kucając ruszył między samochodami. Był już całkiem blisko celu, kiedy jego uwagę przykuł przemykający po pobliskich krzakach cień. Elisabeth na drżących nogach, kryjąc się za coraz to nowymi autami biegła w stronę napastników. Nie była jednak wystarczająco niezauważalna.... -Już uciekasz kotku? – zapytał blondyn i wycelował pistolet prosto w czoło kobiety. ![]() Przerażonym wzrokiem obiegła parking, ale nie zdołała dostrzec Bryan’a. Wiedziała, że i tym razem musi poradzić sobie sama. Najgłupszą rzeczą jaką mógł teraz zrobić Matthew było wyjście z ukrycia. Wypuściła z rąk broń Lenarta i posłusznie uniosła ręce. Blondyn uśmiechnął się szyderczo i oblizał wargi. W tym momencie jednak stała się najmniej oczekiwana rzecz. Zza krzaków wyszedł Bryan, trzymając nad głową pistolet. -Ona nie ma z tym nic wspólnego –powiedział – To ja jestem wam potrzebny. -Ty kretynie! – wrzasnęła Elisabeth, co jak się okazało było bardzo dobrym posunięciem. Zdezorientowany brunet kręcił głową, starając się nie spuścić z oczu kobiety i szatyna. Chwila nieuwagi wystarczyła i wściekła Liz rzuciła się na niego, wytrącając mu broń i zadając kilka ciosów w twarz. To była ich szansa. ![]() -Ty suko! –krzyknął blondyn i automatycznie wystrzelił prosto w Matthew. Kula wbiła się w jego ramię wydając nieprzyjemny dla ucha dźwięk. Szatyn jęknął i bezwładnie opadł na ziemię. Nie stracił przytomności, ale ból zagłuszał wszelkie jego odczucia. Z ust Elisabeth wyrwało się jedynie ciche „nie”. Do oczu napłynęły jej łzy. Teraz blondyn celował w jej serce. ![]() -Myślałaś, że to będzie takie proste? –wysyczał i spojrzał z odrazą na swojego towarzysza. Miał całą podrapaną twarz, a z nosa sączyła się krew. Leżał obok Bryan’a, którego zdawał się być nieobecny. – Twój przyjaciel powinien na przyszłość uważać. Wielki Mistrz zadowoli się tobą.... Napastnik zbliżył się do Elisabeth, trzymając w ręku gruby sznur. Zaśmiał się złowieszczo i naprężył go jeszcze mocniej. -Przygotuj się laleczko – szepnął, ale jego słowa przerwa huk dwóch wystrzałów. W plecach blondyna utkwiła kula, pozbawiając go życia...Drugi pocisk na wylot przeszył jego czaszkę. ![]() Mężczyzna upadł na ziemię, wydając z siebie ostatni jęk. Obok niego stała oniemiała Liz, trzymając się na obryzganą krwią sukienkę. -Zwykle nie strzelam w plecy, ale on też nie był fair – odezwał się tajemniczy głos wybawiciela – Musimy go zabrać do mojego domu – powiedział i wskazał na w pół przytomnego Matthew. Elisabeth oczami pełnymi łez spojrzała na mężczyznę...Przed nią stał ten sam otyły cudzoziemiec, z którym siedzieli w samolocie.... C.D.N. |
|
|
|
|
|
#2 |
|
Guest
Postów: n/a
|
Wybaczcie, że tyle kazałam Wam czekać na kolejną część moich wypocin, ale siła wyższa. Odcinek miał się ukazać ponad tydzień temu, ale wyjazd na wakacje nieco się przyspieszył i po prostu nie zdążyłam. Zobaczmy co z tego wyszło
Zapraszam do czytania i komentowania. Aha i przepraszam za modyfikację w wyglądzie "otyłego mężczyzny" ![]() Imitation of Life: Rozdział 5 -Kim ty do cholery jesteś? –wyjąkała Elisabeth starając się zachować spokój. Wychodziło jej to jednak kiepsko. Nie mogła opanować drżenia rąk i łez co chwilę skapujących z jej szarych oczu. -To chyba nie jest najlepszy moment na przedstawianie...-powiedział przybysz i ruszył w stronę leżącego Matthew – Powinniśmy się pospieszyć... mocno krwawi.. Mężczyzna wyjął z kieszeni spodni mały telefon komórkowy, wystukał kilkucyfrowy numer i szepnął coś po rosyjsku. Jak na zawołanie, zza żywopłotu okalającego parking lotniska, wyjechała długa, czarna limuzyna. W jej połyskującej karoserii odbijało się moskiewskie słońce, uderzając prosto w oczy zmęczonych podróżą ludzi. Samochód zatrzymał się przed grubym mężczyzną, a z jego wnętrza wyskoczyło dwóch ubranych na czarno ludzi. Podskoczyli do rannego Bryan’a i delikatnie wprowadzili go do samochodu. Szatyn jednak nie wiedział co się z nim dzieje i gdzie jest. Ból bijący od postrzelonego ramienia promieniował na całe ciało i blokował wszystkie inne zmysły. Markowa koszula przesiąknięta była krwią wylewającą się z rany. Na rozgrzanym chodniku pozostało sporo czerwonych kropel. Zaraz za nimi do samochodu wsiadł ów Rosjanin. Zanim jednak zamknął drzwi wychylił się nieco i zawołał do Elisabeth. -Radziłbym wsiadać o ile mamy dowieść go żywego. ![]() Kobieta bez słowa wsiadła do limuzyny. Wewnątrz zdawała się być dużo większa niż można się było spodziewać. Siedzenia obite najwyższej jakości skórą dodawały uroku i wytwornego stylu. Na środku ustawiono mini barek z kilkoma kieliszkami i jednym z francuskich win. Elisabeth usadowiła się obok bruneta i wzrokiem pełnym obaw spojrzała na Bryan’a. Widząc jego puste oczy i zalane krwią ciało zdała sobie sprawę, że od tych kilku minut zależy jego życie.. Zdążą, albo będzie miała go na sumieniu do końca swoich dni. ![]() . Samochód przyspieszył i nie zwracał uwagi na światła. Mknęli przez zatłoczone ulice Moskwy, zwinnie prześlizgując się pomiędzy innymi autami. -Zwrotna jak na limuzynę prawda? –powiedział mężczyzna, jednak nie doczekał się jakiejkolwiek reakcji. Parker siedziała z wzrokiem wbitym w okno i bezmyślnie wpatrywała się w nieznane jej ulice. Dochodziła 10 kiedy samochód znalazł się przed ogromnym pałacem, stylizowanym na rzymską willę. Z dala wybijały się egzotyczne rośliny. ![]() -Myślałam, że jedziemy do szpitala! –w głosie Liz zabrzmiała panika. -Widać, że jeszcze nigdy nie była pani w Rosji – odpowiedział brunet i wysiadł z samochodu. Kiedy Elisabeth wygramoliła się z limuzyny jej oczom ukazał się zabytkowy budynek z ogromnym, czerwonym dachem i wysokimi schodami. Właśnie stamtąd dobiegały czyjeś głosy. Z marmurowych stopni zbiegało dwóch sanitariuszy i człowiek z białym fartuchu lekarskim. Mieli ze sobą nosze i sporych rozmiarów walizkę, prawdopodobnie pełną lekarstw i opatrunków. -Jest w środku –krzyknął brunet i wskazał na otwarte drzwi. Sanitariusze z pomocą dwóch ochroniarzy położyli Matthew na noszach i szybkim krokiem ruszyli z powrotem w stronę pałacu. ![]() -Idę z nimi – powiedziała Liz, nieco już uspokojona widokiem lekarza. -Stój panienko – brunet złapał kobietę za rękę i mocnym szarpnięciem przyciągnął ją do siebie. – Poradzą sobie bez ciebie. To najlepszy lekarz w Moskwie. Lepiej chodźmy do środka. Zakładam, że marzysz o zimnym prysznicu... ![]() Elisabeth chciała coś powiedzieć, ale mężczyzna uciszył ją palcem. Pomieszczenie do którego weszli było przesycone złotymi dodatkami i znajdowało się na granicy dobrego smaku. Na ścianach widniała zielona tapeta, co parę metrów zdobiona drogimi płótnami. Drewniane podłogi mogłyby z powodzeniem zastąpić licznie porozwieszane, zdobione lustra. Dokładnie wypolerowane i wyczyszczone były zasługą najwyższego stopniem pracownika posiadłości. Ernest Baloccio – pół Włoch, pół Rosjanin – zdawał się być zachwycony swoją pracą. Ubrany w staromodny sweter i muszkę, wybiegł na powitanie właściciela w domu. -Młody pan domu wrócił – krzyknął uradowany, kłaniając się nisko przed grubym brunetem. Słowo „młody” wywarło na Elisabeth dość dziwaczne wrażenie, zwłaszcza że jej nowy towarzysz wyglądał co najmniej na pięćdziesiąt lat. Z drugiej strony, w porównaniu z siwym służącym, ona sama wydawała się dzieckiem. -Zaprowadź panią do apartamentu i przygotuj kolację – powiedział mężczyzna i żegnając się z Liz zniknął za ogromnymi, rzeźbionymi drzwiami. -Tędy – odezwał się Ernest i wskazał na wysokie schody, pokryte różową wykładziną. ![]() Znaleźli się na drugim piętrze, kiedy Baloccio otworzył jedne z drzwi na końcu jasnego, elegancko urządzonego korytarza. -Tu tutaj. Kolacja będzie za pół godziny na dole. –powiedział uprzejmie i pokuśtykał z powrotem na dół. -Przepraszam..- krzyknęła Elisabeth. Chciała zapytać o swojego „wybawiciela”, ale starzec już zniknął. Pokój, który dostała był jednym z najpiękniejszych jakie widziała. Wesołe promienie słońca padały na jasną tapetę i drewniane meble. Po środku stało ogromne łoże królewskie otoczone kilkoma bukietami kwiatów, a zza okna dobiegały radosne odgłosy ptaków. W samym rogu znajdowały się białe drzwi prowadzące do wyłożonej marmurem, przestronnej łazienki. ![]() Elisabeth położyła na łóżku skórzaną torebkę, którą przez cały czas ściskała w dłoniach. Rozpięła suwak od sukienki i lekkim krokiem ruszyła pod prysznic. Letni strumień wody zmył z niej trudy całego dnia. Jej gładkie ciało ponownie nabrało świeżego koloru i z każdym kolejnym muśnięciem wody, stawało się coraz bardziej wypoczęte. ![]() Po dwudziestu minutach, owinięta od stóp do głów w biały ręcznik, Liz wyszła z łazienki. Jej uwagę przykuła piękna, różowa sukienka, którą ktoś położył na łóżku. Obok stały pasujące do niej szpilki i otwarte pudełko z małymi, srebrnymi kolczykami wewnątrz. Nieco onieśmielona podarunkiem, postanowiła wyglądać dzisiaj oszałamiająco...Poza tym nie miała innego wyjścia. Jej czerwona sukienka za 150$ wyglądała koszmarnie. Naderwane ramiączko, wystrzępione zakończenie i pomięty przód zupełnie nie komponowały się z otoczeniem. Minęło dokładnie pół godziny, kiedy Elisabeth z pełną gracją zeszła na kolację. Ogromny stół nakryty był na trzy osoby i zastawiony najróżniejszymi przysmakami. Przy dwóch talerzach już ktoś siedział. ![]() Rosjanin podniósł się z krzesła i wskazując na towarzyszącą mu kobietę powiedział: -Moja żona Natalia. – Drobna blondynka skinęła delikatnie głową i posłała Liz pełen serdeczności uśmiech. -Proszę siadać. Ernest jak zwykle przeszedł samego siebie – powiedziała. Miała bardzo aksamitny głos, a Elisabeth przez chwilę wydało się, że gdzieś go już słyszała. -Kochanie –przerwał jej mąż – Myślę, że panna Parker wolałaby najpierw zobaczyć się z Bryan’em. – Mężczyzna wyszczerzył zęby i wskazał na drewniane drzwi obok kominka. Elisabeth uśmiechnęła się szeroko i pognała do pokoju. Zatrzymała się przed wejściem i oddychając głęboko, delikatnie zapukała. ![]() . Z pomieszczenia odpowiedział dobrze jej znany luzacki ton głosu. Kiedy weszła do pokoju siedząca na kolanach Matthew, prześliczna latynoska, zerwała się z łóżka i zarumieniona wyszła do jadalni. Bryan uśmiechnął się złośliwie. ![]() -Wyglądasz.....inaczej. –powiedział powoli. Liz spłonęła rumieńcem, ale nagle widząc wspaniały stan Matthew, jej nastawienie stało się mniej przyjazne. -Co ty sobie wyobrażasz?! –wrzasnęła – Odkąd tu przylecieliśmy próbowano nas zabić, postrzelić, przejechać! I mam podłe wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego! Zamiast zastanowić się nad zadaniem, flirtujesz sobie z tą lalunią! I ten facet! Kto to w ogóle jest?! Jakiś pieprzony samarytanin?! ![]() -Hej, nie nakręcaj się tak – powiedział Matthew i z trudem usiadł na brzegu łóżka – chyba czas, żebyśmy pogadali we troje: ty, ja i Boris. ![]() -Boris? Boris Wisho?! C.D.N...... |
|
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten temat: 1 (0 użytkownik(ów) i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
|
|