Wróć   TheSims.PL - Forum > Simowe opowieści > The Sims Fotostory

Komunikaty

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
stare 29.12.2008, 23:03   #1
Libby
Administrator
 
Avatar Libby
 
Zarejestrowany: 17.01.2006
Skąd: z kabiny F-14 Tomcat
Płeć: Kobieta
Postów: 3,864
Reputacja: 15
Domyślnie Odp: Concern

Cytat:
Napisał Callineck Zobacz post
Zdjęcie owszem, piękne, ale postać na zdjęciu jeszcze ładniejsza Ciekawa jestem któż to jest
Mi też się podoba. Ja robiłam tylko zdjęcie.
__________________
Libby jest offline   Odpowiedź z Cytatem

PAMIĘTAJ! Źródłem utrzymania forum są reklamy. Dziękujemy za uszanowanie ich obecności.
stare 02.01.2009, 10:36   #2
scarlett
 
Avatar scarlett
 
Zarejestrowany: 05.02.2008
Płeć: Kobieta
Postów: 286
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

VI


Juliette pospiesznie wbiegła do swojego mieszkania. Znajdowało się ono w spokojnym, do dziś, budynku niedaleko centrum miasta. Nic dziwnego, że to, co się przed chwilą wydarzyło, wstrząsnęło niczego niespodziewającymi się mieszkańcami. Stali teraz w progach swoich mieszkań, niepewnie wyglądając na zewnątrz. Kobieta była pewna, że mimo swojego osłupienia zdążyli powiadomić o tym kuriozalnym wypadku policję. W donoszeniu zawsze byli pierwsi… Musiała więc jak najszybciej zniknąć. Niestety, wciąż pozostawał problem tego wampira. Kwestie po co tu przyszedł, rozważy później, jednak facet zamieniający się w proch musiał zwrócić na siebie uwagę. Odruchowo sprawdziła, czy wisiorek tkwił na jej szyi. Kiedy jej smukłe palce natrafiły na ciepłe srebro, uspokoiła się nieco i chwyciła z szafy pierwsze lepsze ubranie. Trzęsącymi się dłońmi wciągnęła spodnie i bluzkę. Krótkie szorty i koszulka na ramiączkach, czyli to, co miała na sobie wcześniej, nie stanowiły wygodnego stroju na niespodziewane nocne spacery. Gdy skończyła, zrobiło jej się słabo na myśl, że teraz musi wyjść na zewnątrz. Czaiła się tam przecież cała armia plotkarskich sąsiadów, wygłodniałych sensacji niczym głodujące przez miesiąc hieny. Jednym z jej zadań było chronienie tajemnicy istnienia wampirów. Wolała nie myśleć, jaka panika wybuchłaby wśród ludzi, gdyby dowiedzieli się, że to nie tylko legendy, książki i filmy. A teraz zabiła jednego z nich na oczach kilkunastu osób, jakby wrzeszcząc na całe gardło „Patrzcie, to nie jest człowiek!”. Swoją drogą, ciekawe, dlaczego ze wszystkich opowieści to właśnie wampiry, a nie wilkołaki czy duchy okazały się prawdziwe. Chociaż, kto wie…

Powinna ich zabić? Nie, to nie możliwe. Mimo że to rozwiązanie wydawało się najbardziej oczywiste i skuteczne nie sądziła, aby była w stanie tego dokonać. Wampiry od dziecka traktowała jak przedmioty, które wystarczy po prostu zmieść z powierzchni ziemi jak zwykłe śmieci. Dodatkowo nienawiść tą podsycało wspomnienie rodziców, zamordowanych przez Alberta – najgroźniejszego wampira, jakiego miała wątpliwą przyjemność spotkać. W dodatku był ojcem jej chłopaka… W tej chwili przypomniała sobie o Johnie. Wciąż nie wracał. Czyżby zaatakowali i jego? Poczuła dziwny dreszcz, przebiegający od karku przez resztę ciała. Przecież ten idiota, mimo że był egzorcystą i, jakby było mało, wampirem nie miał najmniejszych szans. Cechujące go naiwność i niezdecydowanie nie raz prawie go zabiły.

Wzięła głęboki oddech i wyszła z mieszkania. Zamknęła za sobą drzwi. Ciekawe po co, skoro i tak je rozwalą, w dodatku widniała w nich wyszarpana dziura… Jak gdyby nigdy nic zaczęła kierować się ku schodom.


Podniesione głosy sąsiadów natychmiast się urwały, skoro tylko ją ujrzeli. Barczysty facet z mieszkania obok pochylał się nad kupą popiołów, rozsypujących się po półpiętrze. Przecież nie byli tak głupi, żeby zignorować prochy. Na podstawie tego nie stwierdzą, czy był to wampir czy nie, ale nie dadzą tak łatwo a wygraną… Gdyby był tu Thomas z pewnością jakoś wyszedłby z tej sytuacji obronna ręką. Że też musiał zniknąć akurat teraz! Oto przez nią, zwykłą, niepozorną dziewczynę tajemnica skrywana przez setki lat miała wyjść na jaw. Co za ironia losu… Wtem w jej głowie zapaliła się czerwona lampka. Czyż Albertowi nie chodziło właśnie o to? Chciał przecież, jak mówił, wyjść wreszcie z cienia. Zmartwychwstał, czy to po prostu jego naśladowcy? No tak, przy życiu wciąż pozostawała jego starsza córka, Emma. Najwidoczniej poszła w ślady ojca. Musiał zrobić jej niezłe pranie mózgu.

Nikt nie odważył się zastąpić Juliette drogi. Wśród panującej ciszy zdawało się, ze obcasy jej butów swoim łoskotem wywołają zaraz trzecią wojnę. W końcu poczuła na twarzy świeży podmuch wieczornego wiatru, który rozwiał jej włosy we wszystkie strony. Ruszyła żwawym krokiem przed siebie zadowolona, że mijający ludzie patrzyli na nią zgoła obojętnie. Zrobiło jej się gorąco, kiedy usłyszała zbliżający się dźwięk policyjnych syren. Musiała jak najszybciej skontaktować się z Johnem. Nie mógł tu wrócić. O ile był jeszcze w jednym kawałku.


Henry nie czuł się ani odrobinę lepiej. Pomścił już utratę samochodu, a jednak wciąż nie mógł odnaleźć wewnętrznego spokoju. Nic dziwnego, w końcu ledwo uszedł z życiem z walki ze staruszką o morderczych zapędach. Co ciekawe, jego kumpel leżał kilka metrów dalej z kulką w czole. To mogło przytrafić się tylko im.

Podszedł do kobiety. W jej rozluźnionej już dłoni znajdował się pistolet, który pospiesznie podniósł. Głupio by było, jakby nagle się obudziła i strzeliła mu prosto w plecy, tylko i wyłącznie przez jego własne roztrzepanie. Przez moment tkwił w impasie, celując w jej osiwiałą głowę. Z irytacją stwierdził, że znów zaczął padać deszcz. Oczyma wyobraźni już widział siebie w szpitalnym łóżku, umierającego w na zapalenie płuc. W ostatniej chwili uświadomił sobie, że nie powinien zabijać tej kobiety. Muszą dowiedzieć się, dlaczego ich zaatakowała. Trupy nie odpowiadały na pytania. Bynajmniej nie na takie, jakie miał zamiar zadać. Wepchnął pistolet starowinki za pasek i zerknął przez ramię w lewo. Nieopodal niewielkiego krzaka leżał John, mokre włosy zakrywały niemal całą jego twarz.
-Nie mamy czasu – warknął Henry – Później się powylegujesz! Słyszysz mnie?
W najśmielszych fantazjach nie oczekiwał usłyszeć odpowiedzi. I jej nie otrzymał. Egzorcysta pożałował, że nie jest ani siłaczem, ani nie posiada drugiego auta na podorędziu (w ogóle go nie posiadał).
Nie, nie myśl o samochodach! – skarcił się.
Obawiał się, że może pojawić się ktoś jeszcze, niespodziewanie wyskakując zza krzaków. Musieli więc jak najszybciej opuścić to miejsce. Nie był jednak w stanie zarzucić sobie na plecy jednocześnie kobiety i Johna. Może stosowne byłoby tu go zostawić? Ktoś zawsze musiał się poświęcić ku spełnieniu wyższych celów… Podszedł do leżącego wampira, nieświadomego szykowanego mu losu. Henry uklęknął przy koledze, odgarniając mu włosy z czoła. Jak się spodziewał, było gładkie niczym pupcia niemowlęcia. Ale mógł przecież czekać jeszcze godzinami, zanim ten leń raczy się obudzić. Niemal podskoczył, gdy blondyn otworzył oczy i niepewnie uniósł się na ramieniu.


-Co się stało? – spytał, rozglądając się na boki. Jego dłoń odruchowo poczęła macać czoło.
Henry w tym momencie uśmiechnąłby się pod wąsem, gdyby tylko go miał.
John jęknął, kiedy w końcu przypomniał sobie, dlaczego leżał w środku lasu moknąc na deszczu.
-To było okropne… Nieludzkie… Jak można było mi to zrobić?!
Skoro narzekał, wszystko było w porządku.
-Dobrze, że trafiło tam, gdzie nie było co uszkodzić – rzekł dziarsko Henry, rozciągając zdrętwiałe mięśnie. Wzdrygnął się z obrzydzeniem. Zarówno spodnie jak i koszula przesiąknięte deszczem lepiły mu się do całego ciała.
John posłał mu zabójcze spojrzenie. Chrząknął znacząco, ale już nic na ten temat nie powiedział. Bał się, że tamten mógł mieć rację. Czuł się co najmniej dziwnie. Stał na nogach po tym, jak jakaś babcia strzeliła mu w łeb. Co się dzieje z tym światem.
-Co z nią zrobimy? – spytał, wskazując nieprzytomną kobietę – Żyje?
-Dobrze, że pytasz… To chyba oczywiste, że żyje. Jakby była martwa, już dawno by mnie tu nie było – odparł – Musimy wracać i wziąć ją ze sobą.
John stłumił w sobie pragnienie żywego protestu. Nie miał ochoty włóczyć się po lesie ze swoją niedoszłą morderczynią.
-Jak? Nie mamy już samochodu, a wciąż tkwimy w środku lasu, jest zimno i coraz bardziej pada…
-Gadasz jak baba, nie marudź!
-A skąd ty to możesz wiedzieć…
-Co?
-Nic… - John zaśmiał się cicho ze swojego dowcipu. Jeśli Henry zrozumiał, nie dał po sobie tego poznać.
-Nieważne… Ale nie marudź już, bo i tak masz lepiej niż ja. Ledwo cię widzę, a stoisz metr obok.
Henry chwycił kobietę za ramion, polecając Johnowi podnieść jej nogi. Przez chwilę kłócili się o to, kto które kończyny ma nieść, jednak wreszcie Henry postawił na swoim. Nie miał zamiaru ulec jakiemukolwiek wampirowi. A zwłasza niedorozwiniętemu.

Dziesięć minut później udało im się dotrze do ulicy. Nie wiedzieli, która konkretnie była godzina, było jednak wystarczająco późno, aby ruch ograniczył się do minimum. Przez kilka minut drogi poboczem słyszeli jedynie szum drzew i spadających na nie kropli deszczu. Przemarznięci do szpiku kości wytrwale nieśli staruszkę. Nie zwracali uwagi na zdrętwiałe ramiona, które aż wrzeszczały o zmniejszenie ciężaru.
-Zbliża się! – krzyknął John. Zrobił to tak niespodziewanie, że Henry rzucił niesioną babcię na ziemię.
-Cholera… Co?
-Jakieś auto.
-Nic nie słyszę…
-Poczekaj chwilę, zaraz tu będzie.
John położył swoją część kobiety na ziemi i stanął obok. Co za ulga… Henry natomiast zbliżył się do jezdni. Kiedy zza zakrętu wyłoniło się oślepiające światło reflektorów zaczął energicznie wymachiwać rękami. Kilka sekund później gwałtowne powietrze odrzuciło go do tyłu. Musiał przytrzymać się drzewa, żeby nie upaść.
-Nawet nie zwolnił! – oburzył się.
-Cicho, jedzie następny – skonstatował blondyn – Teraz ja spróbuję. Wyglądam przyjaźniej, na pewno się zatrzyma.
Henry puścił uwagę mimo uszu. Zemsta za pustą czaszkę.
John przemieścił się w to samo miejsce, co wcześniej Henry i począł identycznie gestykulować. Wściekły powrócił do towarzysza. Bez słowa ponownie chwycili kobietę i ruszyli w stronę miasta.
-Znowu – rzekł John bez zbytniego entuzjazmu, zatrzymując się. Zatrzymał się gwałtownie. Starowinka z łoskotem upadła na ubitą ziemię. John sprawdził, czy po dwóch upadkach jeszcze żyje. Henry w tym czasie przybrał stanowczą minę, niczym Jean Cloud Van Damme, szykujący się do samotnego ataku na wrogi batalion. Wyjął zza paska pistolet i wcisnął go Johnowi.
-Po co mi to? Mam nam ustrzelić samochód?
-Jak nie prośbą, to groźbą… - Henry popchnął go na środek ulicy – Zatrzymamy go tym.
-Ale czemu ja? – zaprotestował John – Sam to zrób, teraz twoja kolej!
-Nie… Jeśli mimo wszystko się nie zatrzyma i cię potrąci, tobie nic nie będzie, a ja mógłbym zginąć.
-Ach tak… Jak miło z twojej strony. Nie zapominaj, że to i tak boli.
-Przynajmniej wtedy wiesz, że żyjesz…
Snop jasnego światła objął już sąsiednie drzewa, przerywając tą wymianę zdań. Henry błyskawicznie odskoczył w bezpieczne miejsce.
-No już! – krzyknął.
John wciąż stał jak słup soli.
-Rusz się! I weź zrób jakąś bardziej groźną minę... O tak – nadął policzki, a jego brwi zamieniły się w jedną, prostą kreskę.
John wreszcie niepewnie skierował pistolet w stronę nadjeżdżającego auta. Dobrze, że było ciemno. Jego twarz wyrażała wszystko, tylko nie zdecydowanie.
Henry wstrzymał oddech. Uda się, uda. Nie, John był po prostu beznadziejny. Zaraz będzie musiał zdrapywać go z asfaltu. Uda się… Zauważył, że zaciska kciuki, aż zbielały mu kostki. Rozluźnił uścisk i w tej samej chwili rozległ się świdrujący w mózgu pisk opon. Samochód zatrzymał się kilka centymetrów od stóp Johna. Odetchnął z ulgą, jednak się udało. Henry zaczął wyciągać kobietę z rowu. John cofnął się, nie wierząc, że nie leży dwa metry dalej.
-Wyłaź! – krzyknął do kierowcy stanowczo. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Drzwi otworzyły się natychmiast. Zza kierownicy wysiadł wysoki, dość przystojny mężczyzna i spojrzał na Johna.


Przez moment jego twarz przybrała nieodgadniony wyraz. Szybko zastąpiło to osłupienie.
-Matko Boska, John, co ty wyprawisz?
-Antonio? – blondyn był nie mniej zdumiony.
-Co jest? – krzyknął Henry, zauważywszy dziwny zastój pomiędzy dwoma mężczyznami.
-Mamy szczęście, chodź tu! – odpowiedział John, dumny ze zdobycia samochodu. I kto teraz ośmieli się powiedzieć, że jest bezużyteczny?
Henry wymamrotał coś pod nosem i przyciągnął kobietę do samochodu. Zastosował metodę, która słusznie skojarzyła mu się z tą, którą przed dwoma laty za jego poleceniem posłużyła się pewna dziewczyna w celu przemieszczenia nieprzytomnego Maxa. Jak ona się nazywała? Za to ten dzień pamiętał doskonale. Aż za dobrze. Nigdy nie zapomni dnia, w którym zginęła Carol… Przerwał wspominanie wydarzeń z przeszłości, gdy tylko rozpoznał kierowcę.

Wreszcie wpakowali niedoszłą zabójczynię do samochodu i nie wierząc w to dobrodziejstwo losu pomknęli w stronę miasta. Uprzednio zdążyli powtórnie pokłócić się o to, kto ma usiąść z przodu…


Zdawało się, że wszyscy mówili tylko o wielkiej komecie, która pojawiła się na niebie dwie noce wcześniej. Trzy lata temu można było zaobserwować podobne zjawisko, jednak widocznie komety wciąż budziły sensację. Przynajmniej ludzie mieli jakiś konkretny temat do rozmów, chociażby na chwilę. Lepsze to, niż wysłuchiwanie sztucznych komplementów i wyssanych z palca plotek. Sztuczne uśmiechy wystarczały aż nadto. Benitez nienawidził tych wszystkich bali, na których chodziło jedynie o pokazanie się z tej najbogatszej strony. Co za ironia, że to on był gospodarzem.
-Widzisz ich gdzieś? – spytał trzymającą go za ramię kobietę – Już długo tu nie wytrzymam.
Anais rozejrzała się wokół, wspinając się lekko na palcach. Dotknęła swojego nowego naszyjnika i pokręciła przecząco głową.
-Chodźmy dalej, muszą gdzieś tu być…
Dość szybkim krokiem ruszyli przed siebie, mijając roześmianych mężczyzn i wystrojone kobiety. Co chwilę zmuszeni byli odwzajemniać nieszczere uśmieszki. Mężczyzna zaśmiał się w duchu. Ciekawe, co by się stało, gdyby te towarzyskie harpie dowiedziały się, że niemal połowa z nich nie była ludźmi…
-Słuchasz mnie? – podirytowana kobieta szarpnęła go za ramię.
Otrząsnął się i spojrzał na jej twarz, okoloną idealnie wymodelowanymi, kasztanowymi włosami.
-Powtórz, proszę, co mówiłaś, zamyśliłem się.
-Widziałam. Nasz cel jest tam – kiwnęła głową w stronę stołu stojącego niemalże w rogu ogromnego pomieszczenia.
Nie ociągając się ani chwili dłużej, podeszli do stojących tam ludzi.
-Witam – rzekł Benitez, całując żonę Maxwella w smukłą dłoń, odzianą w białą rękawiczkę. Kobieta miała niewiarygodnie jasne włosy, które układały się w delikatne fale. Doskonale kontrastowały z jej czerwoną suknią.
Kiedy zakończyli rytualne powitanie, jako pierwszy odezwał się mężczyzna, odziany w czarny frak.
-Poznajcie też naszego syna – przerwał, gdy zauważył, że dziecko gdzieś się ulotniło. Dojrzał go wyjadającego przysmaki ze stołu – Albercie, chodź tutaj!
Chłopiec przybiegł do ojca i skłonił się gospodarzom.


-Jak pan myśli, jak ludzie zareagowaliby na fakt, że zaprasza pan do swego domu wampiry? – spytał Maxwell.
-Ciekawe, sam przed chwilą o tym myślałem… Z pewnością podniosłaby się niemała panika.
-Pewnie ma pan rację – mężczyzna zaśmiał się, zerkając na żonę.
-Widzę, że jest pan w dobrym humorze – zauważyła Anais, odzywając się po raz pierwszy
-Tak, tak. Od jakiegoś czasu pracuję nad pewną kwestią i wydaje mi się, że jestem coraz bliżej celu! Poczeka pani chwilę, a moje nazwisko będzie znał cały świat.
Albert domyślił się, że za chwilę będzie już za późno, aby przerwać ojcu. Jak zaczynał mówić o fotografii, wpadał w istny trans.
-Przepraszam – odezwał się. Postronną osobę mógł zdziwić stanowczy ton dziecka. Spojrzał na pana domu – Mógłbym pomówić z panem na osobności?
-Albercie! – skarciła go matka – Co ty mówisz, nie wtrącaj się! Przepraszam pana, syn zawsze…
-Nie szkodzi – przerwał jej, unosząc dłoń – Chodźmy na tamten balkon, zrobiło się tu bardzo gorąco…

Wraz z chłopcem wyszli na jeden z niewielkich balkonów. Orzeźwiające powietrze stanowiło miłą odmianę od atmosfery panującej wewnątrz. Mieszanina perfum i woni różnorodnych potraw nie była jego ulubionym zapachem. Otaczało ich słabe światło sączące się z wiszącej na murze lampy naftowej.
Mężczyzna oparł się o barierkę i spojrzał w dal.
-I jak? Posunęło się chociaż trochę do przodu?
-Niewiele. Z pewnością byłoby mi lepiej, gdybym nie wyglądał jak dziecko.
-Jesteś dzieckiem…
-No i co z tego? Tylko z tego powodu większość ludzi, znaczy wampirów, nie traktuje mnie poważnie.
-To minie, nie martw się… Ale zbaczamy z tematu.


-No tak. Więc zamieniłem ostatnio jednego człowieka w wampira. Jest mi posłuszny i to właśnie dzięki niemu udało mi się osiągnąć dość dużo, chociaż i tak nie jestem w pełni usatysfakcjonowany. Coraz więcej wampirów zaczyna nas popierać.
-Co o tym wszystkim myśli twój ojciec?
-Nic. W ogóle się tym nie interesuje, traktując to, co mówię, jako dziecinne wymysły. Wiesz, cały czas siedzi w tej swojej fotografii i wszystko mu jedno.
Mężczyzna uśmiechnął się. Tylko to dziecko śmiało mówić do niego na ty.
-Jesteś pewien, że nie chcesz zostać wampirem? – spytał znienacka chłopiec – Mogę cię zmienić w każdej chwili.
-Wiem, ale jeszcze nie teraz. To może poczekać…

Ostatnio edytowane przez scarlett : 02.01.2009 - 13:41
scarlett jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 29.12.2008, 19:05   #3
scarlett
 
Avatar scarlett
 
Zarejestrowany: 05.02.2008
Płeć: Kobieta
Postów: 286
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

Poproawione.. A z resztą, przzecież to racja, że Alanek nie jest od nastawiania kości
I dzięki za komentarze wszystkim, co do tej pory się odwazyli^^
Nie obrażę się za więcej..

Ostatnio edytowane przez scarlett : 29.12.2008 - 22:30
scarlett jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 29.12.2008, 22:47   #4
niepokorna
 
Avatar niepokorna
 
Zarejestrowany: 27.06.2008
Skąd: Gdynia
Wiek: 32
Płeć: Kobieta
Postów: 1,012
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

Zacznę od literówki, żeby nie było Ci tak miło
„-Miałam dostarczy cos jego córce”
I… czy mi się tylko wydaje, czy Alanek i Max mają takie same gacie?
No dobra, nieważne.
Co do tekstu: wszystko ładnie, idealnie opisane. Robisz świetne zdjęcia, aż zazdrość bierze <gryzie klawiaturę>. Wreszcie się dowiedziałam, w jaki sposób Aida stała się wampirem ^^
Anais prezentuje się zjawiskowo w ciuszku. Thomas obrał dobrą strategię „na debila”. Dobry z niego facet. Nie rozgaduje sekretów. Z jednej strony cieszę się, że Max dostał po pyszczku <głaszcze po policzku>, z drugiej strony trochę mi go szkoda
Gupek, tylko jedno ma na myśli <gupia gupiaaa Aida, nie skorzystała>
Widzę, że obie panie stosują inne metody przesłuchiwania.
Dobra, koniec gadania. Znając życie, pewnie Max mnie zabije w następnym odcinku, bo ja nie miałabym serca
Bardzo ciekawa (i ładna swoją drogą) postać na dachu.
Jestem ciekawa, jaki jest jej udział tu.
W tej części gmatwasz i to strasznie. Nic, nawet postrzelać nie można, bo zawsze się mylę <nawet w Company się myliłam>


Dobra, to się rozpisałam

edit:dobra, dobra Scarlett, usuwam, żeby nie było, że zburzyłam nastrój komentarza
__________________
mod edit: nieregulaminowa sygna.
niepa edit : straszne.
mod edit: dla kogo =)
niep edit : przestać mi grzebać w sygnie!!
mod edit: ok, już nie będę ;]


Ostatnio edytowane przez niepokorna : 29.12.2008 - 22:55
niepokorna jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 02.01.2009, 13:02   #5
niepokorna
 
Avatar niepokorna
 
Zarejestrowany: 27.06.2008
Skąd: Gdynia
Wiek: 32
Płeć: Kobieta
Postów: 1,012
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

już czytam!

konwersacje Johna i Henry'ego są bezcenne
z pewną, należną premedytacją taszczyli staruszkę, nieraz upuszczając ją na podłogę i nastawiając na niebezpieczeństwa, np. coś z głową <z którą i tak było coś nie tak>
jestem strasznie ciekawa, co będzie z Juliette w dalszych częściach.
i mam nieodparte wrażenie deja vu: Czyżby Albert powrócił?
piękne zdjęcia, a tekst w niektórych momentach mnie rozwalił <pamiętna konwersacja, kto ma usiąść z przodu bądź odgryzanie się za pustą głowę>

znalazłam parę błędów

Cytat:
Swoją drogą, ciekawe, dlaczego ze wszystkich opowieści to właśnie wampiry, Anie wilkołaki czy duchy okazały się prawdziwe. Chociaż, kto wie…
...czy to właśnie wampiry, a nie wilkołaki...

Cytat:
Jeśli henry zrozumiał, nie dał po sobie tego poznać.
Henry

Cytat:
z władcza niedorozwiniętemu.
zwłaszcza

Cytat:
-Co jest? – krzyknął henry, zauważywszy dziwny zastój pomiędzy dwoma mężczyznami.
znów Henry



Cytat:
Jak ona się nazywała
Aida

ciekawie, nawet bardzo. nie wiem, co Ty tam jeszcze ponawymyślasz
__________________
mod edit: nieregulaminowa sygna.
niepa edit : straszne.
mod edit: dla kogo =)
niep edit : przestać mi grzebać w sygnie!!
mod edit: ok, już nie będę ;]


Ostatnio edytowane przez niepokorna : 02.01.2009 - 13:26
niepokorna jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 02.01.2009, 16:18   #6
Libby
Administrator
 
Avatar Libby
 
Zarejestrowany: 17.01.2006
Skąd: z kabiny F-14 Tomcat
Płeć: Kobieta
Postów: 3,864
Reputacja: 15
Domyślnie Odp: Concern

Fajny odcinek. Chociaż jakoś mało tych zdjęć.
Nie było Maksia...
Co do małego Alberta, może to jakieś sceny z przeszłości?
Coraz bardziej zawile... Nie doczekam się kolejnego odcinka!
__________________
Libby jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 02.01.2009, 16:31   #7
ptasie mleczko
Guest
 
Postów: n/a
Domyślnie Odp: Concern

O matko <umarła z zachwytu> mało mi mało. Wielki, cudowny, wspaniały powrót Albercika <wiedziała że wróci, w takiej bądź innej formie>. Biedny Johnuś, zawsze ktoś się musi z nim droczyc i przekomarzac jak nie Maxiu to znów Henryś swoją drogą te konwersacje to miszczostwo świata No i ten powrót do przeszłości, bardzo mi się podoba ten pomysł, bardzo bardzo. W ogóle wszystko mi się podoba <jest wniebowzięta> <zazdrości pomysłów i polotu> Miszczuniu! Nie wiem co dalej pisac, bo aż mi brak słów. <czeka z niecierpliwością na następny odcinek>

Edit: Libby oczywiście, że to przeszłośc, np. te stroje, bale, mały Albert, służący i wielcy państwo

Ostatnio edytowane przez ptasie mleczko : 02.01.2009 - 16:33
  Odpowiedź z Cytatem
stare 06.01.2009, 20:02   #8
Tonks
Guest
 
Postów: n/a
Domyślnie Odp: Concern

Fajnie było trafić na coś takiego podczas choroby, nie tyle zabija czas, co go kreatywnie zajmuje, thanks
  Odpowiedź z Cytatem
stare 11.01.2009, 00:42   #9
niepokorna
 
Avatar niepokorna
 
Zarejestrowany: 27.06.2008
Skąd: Gdynia
Wiek: 32
Płeć: Kobieta
Postów: 1,012
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

wciąż odświeżam tę stronę z nadzieją wypatrzenia odcinka....
__________________
mod edit: nieregulaminowa sygna.
niepa edit : straszne.
mod edit: dla kogo =)
niep edit : przestać mi grzebać w sygnie!!
mod edit: ok, już nie będę ;]

niepokorna jest offline   Odpowiedź z Cytatem
stare 11.01.2009, 00:46   #10
scarlett
 
Avatar scarlett
 
Zarejestrowany: 05.02.2008
Płeć: Kobieta
Postów: 286
Reputacja: 10
Domyślnie Odp: Concern

VII


-Co tu się dzieje?!
Od ścian celi odbił się donośny głos Anais. Za sprawą akustyki pomieszczenia, wydawał się dwa razy donośniejszy. Dzięki temu chociaż na chwilę udało jej się zwrócić na siebie uwagę. Ta chwila wystarczyła.
Kiedy tu weszła jej oczom ukazał się dość niecodzienny widok. Aida leżała przygwożdżona silnym ramieniem Maxa do materaca. W drugiej dłoni mężczyzna dzierżył pistolet kobiety i opierał go na jej głowie. Anais nie była pewna, czy jej się nie przywidziało. Przez moment, zanim zdążył rozumieć, co się dzieje, dostrzegła wyraz niezdecydowania malujący się na jego twarzy. Jakby do końca nie był pewien, czy aby na pewno chce pociągnąć za spust.

Wahanie to nie trwało jednak długo. Max odskoczył od dziewczyny i zanim Anais zdążyła w jakikolwiek sposób go powstrzymać, wybiegł na zewnątrz przez otwarte drzwi. Kobieta chwiała się przez chwilę na wysokich obcasach, rozpaczliwie próbując utrzymać równowagę. Po chwili runęła na podłogę, boleśnie obijając kość ogonową. Speszona Aida podbiegła, aby pomóc jej stanąć na nogi.
-Zostaw mnie – Anais sama się pozbierała i kiwnęła głową w stronę korytarza– Dogoń lepiej jego.
Czarnowłosa po małej wymianie zdań ruszyła w stronę, w którą pobiegł Max. Ciekawe, jak miała go złapać? Miał przewagę oraz jej pistolet. Z drugiej strony, przez te wszystkie lata, umiejętność szybkiego biegania miała opanowaną do perfekcji. Pewnie zaraz dogoni mnie Anais, razem nie będziemy miały z nim żadnego problemu, pomyślała i natychmiast przyspieszyła kroku.

Max w końcu opuścił swoje więzienie. Nie miał pojęcia, ile dokładnie tam spędził, jednak było to z pewnością dużo czasu. Zbyt dużo. A to jeszcze nie koniec. Co z tego, że wyszedł stamtąd, skoro musiał opuścić jeszcze ten cholerny budynek, który jak na razie jawił się jako plątanina korytarzy niczym w jakimś przeklętym labiryncie. Czemu nie ma tu żadnego planu z planu z drogą ewakuacyjną na wypadek pożaru? To znacznie uprościłoby sprawę. Mężczyzna biegł przed siebie, z narastającą irytacją wsłuchując się w plaskanie jego gołych stóp o zimne kafelki, którymi wyłożona była podłoga całego korytarza. Jeśli miał zamiar oddalić się na więcej niż kilkanaście metrów, musiał znaleźć sobie jakieś buty. Albo chociaż skarpetki.

Tymczasem musiał opuścić te mury, aby myśleć o jakiejkolwiek przyszłości. Dotarł do kolejnego rozwidlenia korytarza. Tym razem na chybił trafił wybrał przejście prowadzące w prawo. Co najdziwniejsze, nie spotkał jeszcze nikogo na swojej drodze. Niemożliwym wydawało się, aby były tu tylko tamte dwie kobiety. Było to więc niewiarygodne szczęście, zwłaszcza, że nie miał na sobie nawet ubrania, o planie i broni nie wspominając. Nagle usłyszał za sobą kroki. Tamten ktoś najwyraźniej go ścigał, bo odgłosy były dość szybkie i rytmiczne. W dodatku miał buty. Nie miał za dużego doświadczenia ze spluwami, ale musieli sobie ze sobą poradzić. Odwrócił się, jednak nikogo nie było widać. Spróbował poruszać się najciszej jak potrafił. Przeszło mu przez myśl, że może uda się go zgubić. Biegł tak przez chwilę, kiedy kroki stały się coraz bardziej słyszalne. Czyli jednak się nie powiodło. Zatrzymał się, odbezpieczył pistolet i wycelował w stronę, z której sam przybył. Chwilę potem zza zakrętu wyłoniła się sylwetka wysokiej kobiety. No tak, Aida…

Strzelił na oślep, próbując w nią trafić. I tak ta pukawka zdoła zatrzymać ją na ledwie kilka minut. Pierwsza kula śmignęła kilka centymetrów od jej głowy, dwie następne utkwiły w ścianie. Może czas wybrać się na strzelnicę? Kobieta coraz bardziej się zbliżała. Nie miała żadnej broni, ale to akurat marne pocieszenie w tym konkretnym przypadku. Koniec ze staniem jak słup. Max odwrócił się na pięcie i ruszył ponownie przed siebie. Co jakiś czas kontrolował dzielącą ich odległość. Wampiry biegały tak szybko, że nie dawał sobie więcej niż pięć sekund. Wielkie było jego zdziwienie, gdy zauważył, że Aida ledwo utrzymywała stałą odległość między nimi. Znów miał szczęście? Strzelił kilka razy w jej stronę i poczuł falę radosnego gorąca, kiedy jedna z kul dosięgła celu. No, prawie. Musiała dostać w kolano, bo z jękiem padła na ziemię jak długa. Pewnie mu się przywidziało, ale wydawało się, że kątem oka dostrzegł sączącą się z jej rany krew. Ale w końcu była wampirem, to niemożliwe.

Wyrzucił niepotrzebny już wyładowany pistolet i zaczął biec jeszcze szybciej. Chociaż zyskał niewiele czasu, mogło to mieć kluczowe znaczenie. Postanowił poruszać się cały czas prosto. Kiedy mijał pierwsze skrzyżowanie, coś niespodziewanie szarpnęło go za łokieć i pociągnęło w prawo. Nie panując nad swoim ciałem runął na ziemię. Pozbierał się co nieco i zaskoczony spojrzał na towarzyszącą mu kobietę.


-Czego ode mnie chcesz? – warknął, masując obolały pośladek.
-Zamknij się i mnie słuchaj – jej zdecydowany ton przywiódł mu na myśl głos Anais – Jeśli chcesz stąd wyjść, to słuchaj co do ciebie mówię.
-Kim jesteś?
-Co to za różnica?
-Dla mnie jest.
-Taylor. Vivien Taylor. Zadowolony?
-Nie do końca. Co tu robisz?
Kobieta pomachał mu przed nosem trzymanym w dłoni pistoletem.
-Ratuję ci dupę? Jeśli chcesz wiedzieć, mam wiele ciekawszych zajęć, więc się szybko decyduj.
W rzeczywistości wcale nie miała nic do roboty i dlatego tu była.
-No dobra, możesz mnie uratować, skoro nalegasz, Viv.
-Nie nazywaj mnie tak – ucięła ostro, zwężając oczy w cieniutkie szparki. Przez tą chwilę Max uważnie się jej przyglądał. Ostatnio kobiety zaczęły mu spadać jak z nieba. Kate pewnie go zabije. Wendy też.
-Chodź za mną – rzekła Vivien i wstała, podtrzymując się wielkiej szafy, za którą się ukryli.
-Czekaj – zaprotestował – Ona zaraz tu przyjdzie…
-Nie przyjdzie.
-Skąd wiesz?
-Nieważne. Idziesz czy nie?
Max ociągał się chwilę, jakby czekał, aby tamta podała mu dłoń i pomogła wstać. Najwyraźniej nie miała zamiaru. Bez słowa ruszył za nią.
-Wiesz, dokąd iść? – spytał w końcu.
-Yhm.
-Skąd się tu wzięłaś? Wiesz, tu może być trochę… niebezpiecznie.
-Nie boję się wampirów, jeśli o to ci chodzi. Patrzyłam sobie trochę i…
Kobieta nagle się zatrzymała. Max uczynił to samo.
-Co się stało? – szepnął jej do ucha.
Spojrzała na niego z ukosa i odepchnęła od siebie.
-Nic. Wychodzimy.
-Co? Gdzie? Nie widzę tu…
Vivien popchnęła go wprost na duże okno znajdujące się za plecami mężczyzny. W ostatniej chwili zdążył zablokować się ramionami zna ścianie. Zerknął za siebie i aż zakręciło mu się w głowie. Dwanaście metrów jak nic.
-Mogłaś od razu powiedzieć, że chcesz mnie zabić.
-Obleciał cię strach?
-Ja jeszcze myślę racjonalnie…
-Powiedział facet w samych gaciach – przerwała mu. Spróbowała go zaskoczyć i znów wywalić przez okno – Sam sobie zaprzeczasz. Jak nie wylecisz przez to okno, to cię nie uratuję. A oni zaraz tu przyjdą i będzie po nas obojgu.
-Po co to robisz? Znaczy, co ty w ogóle robisz?
-Chyba już to sobie wyjaśniliśmy.
-Czyli jesteś egzorcystką? Nigdy wcześniej cię nie widziałem.
-Powiedzmy, że tak.
Dopiero teraz zauważył dwie cienkie blizny pod jej lewym okiem. Były tak nie na miejscu, jak osrane pieluchy na tyłku jego córki, które był zmuszony zmieniać… Całkowicie nie pasowały do jej ładnej twarzy.


Vivien westchnęła ostentacyjnie i wymierzyła mu kopniaka prosto między nogi. Zaskoczony mężczyzna wydał z siebie stłumiony jęk, a jego dłonie odruchowo powędrowały do zmiażdżonego czułego miejsca. Wykorzystała tą okazję i popchnęła go w tył, opierając na nim cały ciężar swojego ciała. Przylgnęła do niego i obydwoje wypadli przez okno z trzeciego piętra, prosto w dół.


-To dziwne… - podsumowała Lena, siadając na skraju biurka przy wtórze spadających na podłogę papierów – W innej sytuacji pewnie umarłabym ze śmiechu słysząc, że prawie zabiła was ta babcia, ale dziś… Jestem skłonna wam uwierzyć i to całkiem na poważnie.
Starsza kobieta siedziała unieruchomiona na krześle. Kila par oczu patrzyło na nią z niemałym zdziwieniem. Thomas przewróciłby się w grobie widząc więźnia w swoim gabinecie. Chyba, że jeszcze żyje, wtedy uczyniłby coś innego wyrażającego dezaprobatę dla zaistniałej sytuacji.
-Skąd ta wspaniałomyślność? – spytał Henry, walcząc z biurowym automatem z wodą. Czemu leciała tylko gorąca?
-Jestem tu z powodu… pewnego incydentu…
-No? – popędził ją mężczyzna, parząc sobie język wrzątkiem.
-On… Zabił Norę.
-Co?! Kto?
-Jakiś dzieciak. Chciał potem zabić mnie, ale jak widać się nie dałam. No i też był człowiekiem, jak ta stara…
-Co się z nim stało? – do rozmowy włączył się wysoki mężczyzna w okularach, znajdujący się najbliżej schwytanej staruszki.
-Ja… Zabiłam go. Byłam pewna, że jest wampirem, a się okazało… No wiecie. Ale wcale tego nie żałuję po tym, co on sam zrobił.
-To dość dziwny zbieg okoliczności, nie sądzicie? – zauważył – Czemu mieliby was atakować ludzie?
-Zaraz się tego dowiemy – rzekł butnie Henry, próbując zapomnieć o sparaliżowanym języku – Ona nam wszystko wyśpiewa.
-Oby.

Antonio potrząsnął głową i podszedł do siedzącego pod ścianą Johna. Blondyn miał zdecydowanie niewyraźną minę.
-Żyjesz?
-Jeszcze tak…
-Nie rozumiem.
-Nieważne – John powrócił do tępego wpatrywania się w ekran swojej komórki.
Mężczyzna wzruszył ramionami i usiadł na swoim poprzednim miejscu. Dotąd nie usłyszał „dziękuję” za podwiezienie ich do miasta… Zamoczyli mu tylko tapicerkę i oto, co z tego miał. Niewdzięczność.

W końcu babcia otworzyła oczy. Rozejrzała się niepewnie, próbując zorientować się w otoczeniu. Nagle zaczęła się gwałtownie szarpać. Henry i Brian skutecznie ją unieruchomili na wypadek, gdyby na przykład połamała krzesło.
-Uspokój się, nic ci to nie da – rzekł Henry, szczerząc zęby – Teraz to ja jestem panem sytuacji.
-Niczego wam nie powiem, dopóki nie zrobicie tego, co wam każę!
-Oczywiście, że odpowiesz…
-Nie.
-No dobra – westchnął Henry - Odpowiadam na wszystkie prośby. Ale czasem odpowiedz brzmi nie.
-Rozwiążcie mnie.
-Nie. Dlaczego nas zaatakowałaś?
Cisza.
-Dlaczego nas zaatakowałaś?!
Cisza.
Twarz Henry’ego zaczęła nabiegać czerwienią. Ta starucha nie będzie się więcej z niego naigrywać! Brian odsunął go do tyłu i oswobodził jedną rękę kobiety.


-Co ty wyprawiasz? – oburzył się Henry.
-Cicho bądź, ja się nią zajmę, Henry. Z resztą, wszyscy bądźcie cicho.
-Jasne, jasne… - urażony usiadł koło Leny. Na szczęście dziś nie próbowała go kusić swoim skąpym odzieniem.
Przez kilka minut panowała całkowita cisza, zakłócana jedynie przez krople deszczu uderzające o okna.
-Widzicie, jak ja wyglądam?! – zawyła kobieta, kryjąc twarz w wolnej dłoni, spomiędzy jej palców wypływały krokodyle łzy – Nie zrozumiecie tego! Wy wszyscy tacy piękni, tacy młodzi, nie zrozumiejcie cierpień starej kobiety!
-To znaczy?
Załkała cicho.
-Nie chcę być dłużej człowiekiem! Nie rozumiesz? No tak, skąd ty możesz wiedzieć, nigdy nie miałeś zmarszczek ani reumatyzmu…
-Czyli… Działasz na zlecenie jakiegoś wampira? – to co mówił, brzmiało absurdalne.
Babcia pokiwała głową.
-Kim on jest?
-Nie wiem, nigdy go nie widziałam.
-Obiecał cię zamienić w wampira, jeśli ich zabijesz?
-Tak jakby… Nie tylko ich. Was wszystkich.
-To bez sensu! – wykrzyknął Henry – Sam mógł ruszyć swoje tłuste dupsko, a nie… - Lena szturchnęła go uciszająco.
-Nas? To znaczy? – Brian ze stoickim spokojem kontynuował przesłuchanie.
Kobieta nagle wybuchła niepohamowanym zawodzeniem szaleńca. Po chwili płacz zamienił się w jeszcze bardziej obłąkany rechot.
-Ona oszalała – zauważył Antonio – Pozbądźmy się jej, i tak nic już nie powie.
-Jeszcze nie – zaprzeczył okularnik i spojrzał na starowinkę. Kiedyś będzie musiała się uspokoić, a on wyciągnie z niej co trzeba.

Nagle szklane drzwi gabinetu Thomasa otworzyły się z głośnym świstem powietrza. Spojrzenia zebranych skumulowały się na osobie Juliette, która właśnie przekroczyła próg pomieszczenia.
-Co się tak gapicie? – spytała – Aż tak widać, że ścigają mnie psy?
-Co? Zaprowadziłaś ich aż tu? – wzdrygnął się Antonio. Wyglądał na zmieszanego.
-Nie, nikt mnie nie śledził… Co to za baba?
-Chciała nas zabić, nie przejmuj się – krzyknął Henry z drugiego końca – Lenę chciał zabić jakiś dzieciak, który wcześniej zdążył zabić Norę… A ciebie kto zabił?
-Co? – zdziwiła się – Was też?
-Co też?
-Przyszedł do mnie jakiś wampir… Rozumiecie to? Rozwaliłam go na klatce na oczach sąsiadów….
-Bez wątpienia dzieje się tu coś dziwnego. Najpierw zniknął Max, potem Thomas, a teraz to… - podsumowała Lena - Jakby ktoś w jakimś celu chciał się nas pozbyć.
-Ona mnie zaraz zabije… - wymamrotał John, dotąd cały czas milcząc. Wyglądał, jakby dostał jakiegoś urazu mózgu.
Juliette uśmiechnęła się niczym zwycięzca wolnej elekcji na króla Piekła.
Tak, zaraz go zabiję…
Podeszła do swojej przyszłej ofiary i spiorunowała go wzrokiem. Posłuszny niczym pies John natychmiast powstał.
-Ona mnie zabiła, nie rozumiesz? – spytał cicho z nadzieją, że wyjdzie z tego starcia żywy – Ta babcia…
-No i co z tego? – uśmiech wciąż nie znikał jej z ust.
-No i nie mogłem odebrać… - Juliette znacząco uniosła brwi – Czternaście razy…

Pozostali nie wytrzymali i parsknęli śmiechem.
-Biedny John… - rzekła poważnie Lena.
-Właśnie dlatego nie przepadam za kobietami – odparł Henry.

-Ciebie nie można zostawić nawet na chwilę samego… - kontynuowała Juliette, już nieco ciszej – Zawsze się w coś wpakujesz.
-Nie traktuj mnie jak jakiegoś dzieciaka!
-Przecież nim jesteś.
-Nieprawda. Pogryzę cię, jak będziesz się nade mną znęcać.




Albert siedział nieruchomo na swoim krześle, wlepiając wzrok w kolorową tapetę. Minęło już kilka lat, a on wciąż był w punkcie wyjścia. Ileż można uczyć się na własnych błędach? Chciał pomóc sobie podobnym, a jak na razie jedyne co robił, to ich zabijał. Ale być może już dziś położy kres temu błądzeniu na oślep i dokona prawdziwego przełomu. Kto by pomyślał, że kluczową rolę odegra tu jego ojciec… Facet, który poświęcił całe swoje życie bezsensownym badaniom, fotografii, jednak na coś się przydał, oprócz spłodzenia tak wspaniałego syna, jakim bez wątpienia był Albert.

W końcu rozległo się ciche pukanie.
-Otwarte – krzyknął, odsuwając się wraz z krzesłem od zdobionego biurka. Do pokoju wszedł jego ojciec we własnej osobie.
-Witaj, synu – rzekł, szukając wzrokiem miejsca, gdzie mógłby usiąść. Synek jak zwykle zadbał, aby nie musiał gnieść sobie garnituru – Postoję.
-Wedle życzenia. Mogę to zobaczyć?


Maxwell wyciągnął z kieszeni niewielką fiolkę i podał ją Albertowi. Młodszy mężczyzna obracał przez chwilę buteleczkę w smukłych palcach, przyglądając się wypełniającej ją czerwonej cieczy. Miała dziwną, kleistą konsystencję.
-Jesteś pewien, że tym razem zadziała?
-Tak. Pamiętasz ten rozkład, który przed kilkoma laty stworzyłem wraz z Boltzmannem?
-Nie.
-Pozwala na obliczenie, jaka część cząsteczek gazu porusza się z daną prędkością w ustalonej temperaturze.
-Co mnie to obchodzi?
-Powinno dużo. Uważam, Albercie, że jesteś wyjątkowo nieostrożny i zuchwały.
-A ja uważam, że powinieneś robić to, co ci powiem. Chyba już to sobie ustaliliśmy, nieprawdaż, ojcze?
-Pewnego dnia naprawdę źle skończysz… - rzekł mężczyzna i opuścił pomieszczenie, zostawiając syna samego ze swoją ampułką.

Nareszcie. Coś mu mówiło, że tym razem faktycznie się udało.

Ostatnio edytowane przez scarlett : 13.01.2009 - 17:52
scarlett jest offline   Odpowiedź z Cytatem
Odpowiedz


Użytkownicy aktualnie czytający ten temat: 1 (0 użytkownik(ów) i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
Nie możesz zakładać nowych tematów
Nie możesz pisać wiadomości
Nie możesz dodawać załączników
Nie możesz edytować swoich postów

BB Code jest włączony
Emotikonywłączony
[IMG] kod jest włączony
HTML kod jest Wyłączony

Skocz do Forum


Czasy w strefie GMT +1. Teraz jest 13:30.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.
Spolszczenie: vBHELP.pl - Polski Support vBulletin
Wszystkie prawa zastrzeżone dla TheSims.pl 2001-2023